Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Normalny dzień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Normalny dzień. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 listopada 2015

Rozdział XXXVII " Wojna tuż tuż"

Z góry przepraszam za błędy. Piszę to od razu po nocce. 8 godzin jebania na taśmie i sprzątanie :/
Jeszcze jak zaczęłam to pisać wylałam kawę na podłogę <facepalm>
_______________________________________________________________________________
June:
Pozostało dwa dni do wojny. Nie wiem, oni mają jakiś grafik czy co? "Wiecie co? Jutro pójdziemy na wojnę z tamtymi, pojutrze pójdziemy do klubu na jakąś herbatkę z dopalaczem, a potem idziemy na kręgle". Nie pojęte. Gdybym ja szykowała wojnę zrobiłabym to tak jak w książkach od historii. Bez zapowiedzi. Jeszcze zaraz mi powiedzą, że wojna ma trwać siedem godzin, bo się przemęczą. Ogólnie obudziłam się wkurzona na świat. Albo może raczej zestresowana przebiegiem sytuacji? Sama nie wiem. Ostatnio w ogóle mało wiem co się w moim organizmie dzieje. Gdyby nie szkoła (akcja poza opowiadaniem. Ile można pisać o zadaniach matematyki? XD) to bym całkiem zwariowała. Przygotowałam się. Pójdę na wojnie w dresach. Chyba, że będę zbyt zmęczona to w piżamie. Wyśmieją mnie i będą bardziej zdezorientowani. Tak, to moja taktyka. Ciekawe czy Lys stanie po mojej stronie. Oby tak, bo nie wiem co będzie... Mamy trochę małą armię. Ja, Kev, Kas, kilka czarownic, koło piętnastu wróżek, kilka elfów o ile przyjdą i podobno mają nam załatwić anioły oraz kilka neutralnych postaci. Jak tu nie kochać Kasa. Że mu się chciało uruchomić kontakty i że w ogóle jakieś miał u aniołów. Powiedzmy sobie szczerze. Nie jest tam zbyt lubiany. Z mojego irytującego rozmyślania wyrwał mnie krzyk.
-Aaaa. Moja noga. Powaliło Cię??! - Tak, to był mój kochany brat. Zeszłam szybko na dół obadać sytuację. Zastałam tam krwawiącego Keva i śmiejącego się Kasa.
-Co wy robicie?! - krzyknęłam
-My tylko ćwiczymy walkę - śmiał się jeszcze bardziej. Kev coś mruknął pod nosem, naco Kas się obraził i tak obrażeni niczym dwójka dzieciaków patrzyli na ściany.
-Dobra, oddajcie sobie kredki i kolorowanki, a potem chodźcie na obiad, a Ty Kev najpierw do łazienki po apteczkę marsz. Musimy być silni na nadchodzące. - po czym poszłam do kuchni. Usłyszałam tylko ich wspólne słowa:
-Matko, jaki ona ma temperament - przynajmniej w jednym się dogadali.

Lys:
Czatowałem pod jej domem jak jakiś stalker. Po kilku godzinach wreszcie wyszła i z szoku po tym jak mnie zobaczyła oberwałem w zaparkowanego niedaleko Pickupa (dzięki auto korekto) tak, że włączyłem trzy autoalarmy.
-Znowu? - Spytałem - To już drugi raz
-Wybacz, nie moja wina, że mnie straszysz - odpowiedziała - Co tu robisz, bo nie uwierzę, że akurat przez przypadek przechodziłeś, bo widziałam Cię z okna.
-Tu mnie masz. Chciałem się dowiedzieć co to za inna opcja - zrobiłem najsłodszą minę ever
-Przestań robić jelonka, ok? Neutralność mówi Ci to coś? - powiedziała z uśmiechem
-No jasne. Wybacz. Jest niezbyt "popularna". Nawet w bajkach jest dobro i zło.- powiedziałem w zamyśleniu
-Niestety to nie bajka - zapatrzyła się w dal - A, przypomniało mi się. Zostawiłeś ten notatnik ostatnio u mnie. Nie martw się nie czytałam.
-Nosz... Zawsze go gubię - zaśmiałem się, a ta mi go podała
- "A słońce rozświetla jej twarz jak płomień nadziei na ludzi..." - zacytowała z chytrym uśmieszkiem
-Ej, mówiłaś, że nie czytałaś - lekko mnie zdenerwowała
-Nie rób zfochowanej miny bo nie ładnie Ci z nią - Wytknęła mi język - tylko fragment nic więcej
-Widzę ostro zapracowana - powiedziałem patrząc, że wyszła do mnie w ciuchach jak do klubu
-I po co ta ironia - uśmiechnęła się - i tak już bardziej przygotować się nie mogę. Muszę korzystać życia póki jeszcze je mam - westchnęła
-Nie przesadzasz troszkę? Wygramy - uśmiechnąłem się
-Mam nadzieję, bo jeśli nie... Ludzi czeka zagłada.
_______________________________________________________________________________
Tak napiszę coś, ale jutro po nocce. Mam jakoś wenę. Nie chcę ludzi zasmucać, ale w planach jeszcze jakieś trzy rozdziały i jakiś jeden bonusowy. Chcę to już skończyć, bo naprawdę kończą mi się pomysły. Ale będę pisać nowe opowiadani na wattpadzie. Każde po jakieś 15 ale dłuższych trochę rozdziałów (jakieś 30 tych. Już nie wiem czy cyfry piszę słownie czy nie) Potem ją zabiję buahahaha (po nocce mam głupi humor, nie bierzcie niektórych rzeczy na serio poza wattpadem, bo naprawdę tam zaczynam) Na wattpadzie planuję głównie fanfiction (standard) i może jakieś własne. Do przeczytanie. Opierniczajcie mnie w komentarzu jakie to za krótkie. Zbyt wolno dzisiaj piszę. Za zaczęłam o 7:10 koniec o 7:48. Nie skomentuję nawet siebie....

środa, 9 września 2015

Rozdział XXXVI " A wrogów jeszcze bliżej..."

June:
Wróciłam do domu. Padał deszcz i szło na burzę. Jak bardzo pasujące do scenerii nadchodzących wydarzeń. W połowie drogi spotkałam Lysa.
-Nie powinnaś wracać sama - powiedział spokojnie, z troską. Było widać, że też się czymś martwił.
-Nawzajem. Wyglądasz na zmartwionego - odpowiedziałam słabym głosem. To już nie było na moje siły. To wszystko...
-Mam pewne... kłopoty. Powoli muszę lecieć... Sprawy rodzinne - ostatnie słowa powiedział szybko, a ja nagle dostałam przypływ mocy. No tak. Koniec tych nieszczęsnych dni. Każdy ma moc przed wojną. W przypływie jej niechcący rzuciłam Lysandrem o słup drogowy.
-Przepraszam, nie chciałam - zaczęłam tłumaczyć, po czym dotarło coś do mnie - znaczy... co to było?
-Kim...Ty... jesteś?-spytał słabo, ale się wkopałam - Wyjaśnij mi, proszę
-Wzajemnie. Twoja aura aż lśni - dodałam widząc przebłysk czegoś, ale nazwałam to aurą, aby nikt nie pomyślał, że jestem amatorem.
-Łowcą, a wiedz, że nie chcę Cię zabić. Ja... za bardzo Cię lubię - westchnął z żalem
-Skoro mi powiedziałeś kim jestem to... Jestem dzieckiem przeznaczenia czy coś takiego-westchnęłam i już miałam odejść gdy nagle wstał i złapał mnie za ramię.
-Nawet nie wiesz ile Ciebie szukałem. Musisz iść ze mną. Staniesz po naszej stronie i wygramy wojnę. - był uradowany, a ja nie podzielałam jego radości.
-Ja już wybrałam strony - powiedział powoli i patrzyłam się w dal.
-Chcesz wszystkich zabić? Jesteś zła? - smutny już coś wyciągał z kieszeni, ale ja to wyjęłam prędzej.
-Cokolwiek to jest zostaw to i nie, nie chcę ale i tak poleje się krew. Wybrałam najlepszą opcję - powoli odeszłam.
-Są tylko dwie i jedna jest tylko słuszna - powiedział lekko syczeć
-Nie wiesz wszystkiego - powiedziałam i odeszłam w stronę domu.


Kas:
Nagle dostałem swoją moc, to było jak przebudzenie, ale razem z tym otrzymałem "zaproszenie" do swojego ojca. Chce mnie zwerbować do wojny, ale wiem co wybrała June, skoro opuściła nasz świat. Trzecia opcja, świetna. Szkoda, że tak rzadko użytkowana.
-Kev, musisz zostać w mieście-powiedziałem wychodząc z pokoju June.
-Regenerujesz się?? Super, ale i tak z nią pójdę. - po chwili wytknął mi język.
-Jak dzieciak. Przepraszam Cię bardzo. Jak masz zamiar przeżyć?-warknąłem. Ten się tylko uśmiechnął i machnął ręką, abym poszedł za nim. Poszliśmy na strych. Było strasznie ponuro, nawet jak na mnie. Kev otworzył jakąś skrzynkę z uśmiechem godnym mojego ojca, a delikatnością mojej matki, gdyby nie to, że ich rozdzielono to pomyślałbym, że to mój brat.
-Patrz-Pokazał mi pierścień życzeń, excalibur i zbroję z metalu w wersji jeszcze kieszonkowej której nie da się zniszczyć.
-Chłopie, Ty Króla Artura okradłeś? Przecież Miecz Światła dawno zaginął... A pierścień powinien być zniszczony przez Marlyna, a z kolei zbroja zakopana przez jakiegoś chłopka. - byłem w szoku
-Powiedzmy. Miecz sam przyleciał. - wywróciłem oczami i prychnąłem - mówię serio. Pierścień dostałem od jakiegoś gościa. Chyba druida, a zbroja faktycznie była zakopana, z tym, że w naszym rodzinnym ogródku. Mam szczęście, że wtedy mama kazała mi przekopać rabatki, czy jakieś inne kwiatki inaczej bym tego w życiu nie znalazł.
-Powiedzmy, że Ci wierzę. Kolejny co chcę robić za Iron-mana. Nie patrz na mnie. Macie w miarę dobre kino. Chodź - wziąłem kufer pod pachę i pociągnąłem go za rękę.
-Gdzie - spytał lekko w szoku
-Na trening uśmiechnąłem się.
______________________________________________________________________________
Tak, wiem. Ja wielka, niegodna, leniwa, skleroza. Wina randek (na szczęście już go na oczy nie widzę) i nowego adoratora :P Oraz Wesela. Mój brat ma teraz problem i trzeba było ogarnąć pieniądze na prezent :P Też was kocham? <3:*

sobota, 4 kwietnia 2015

Rozdział XXXIV "Gdy jest się powodem nerwów najbliższych, lepiej się już nie odzywać i uciec jak najdalej" cz.2

June:
Obudziłam się w jakiś ciemnym, śmierdzącym pomieszczeniu. Pomieszczenie przypominało melinę wielkości piwnicy. Ale dlaczego nie mogłam się obronić. Co jest nie tak? po chwili ktoś wszedł do pomieszczenia, dwóch mężczyzn. Jeden z nich to pewnie ten który mnie porwał.
-Niezła jest-Stwierdził pierwszy
-Moim zdaniem ma brzydkie, fioletowe włosy i jest dziwna.-dodał swoją opinię drugi, po czy wstrzyknął mi coś
-Miłej zabawy kolego-ostatnie słowa które usłyszałam

Kas (20 minut wcześniej):
Widziałem jak ją porywają. Prawdopodobnie gwałciciel. Szybko zeskoczyłem z dachu, ale moje skrzydła się schowały i nie mogłem już latać. Za to spadałem. No to się zaczęło..(przyp.aut.E:Zapomniał wypić RedBulla? B: Niee głupia kozo po prostu nadszedł TEN DZIEŃ E: O_O chyba mi nie powiesz że okres? B:*facepalm* ). Dobrze, że po drodze zahaczyłem kilka drzew, bo nie wiem jak by się to skończyło. Stwierdziłem wprost, że jeśli jest ich więcej to sam mogę nie dać rady nie w tym stanie. Szybko poszedłem do Keva. On musi mi pomóc. Po drodze zobaczyłem swoje odbicie kałuży. Miałem całkiem normalne, piwne oczy. Ten dzień mógł nadejść jutro. Teraz muszę biegać po mieście z cieknącą krwią. Dobrze, że to nie daleko. Po 5 minutach byłem już na miejscu. Zapukałem i zadzwoniłem dzwonkiem. Nikt nie przychodził, ale słyszałem ze środka jakiś szelest. Na pewno tam był.
-Kev, otwórz. Chodzi o June.-Powiedziałem to najgłośniej jak w tym stanie potrafiłem. Po chwili otworzył mi.
-Mów tak od razu, myślałem, że to ktoś kogo wolałbym nie przyjmować. W sumie... w twoim przypadku też się to zgadza.-zlustrował mnie wzrokiem-A Tobie co?
-Mały wypadek. To naprawdę nie ważne. Pora abyś spłacił dług June.
-Jaki dług?-patrzył na mniej jak na wariata.
-Myślisz, że czemu masz taki spokój? A teraz chodź. Ona jest w niebezpieczeństwie. Wyszliśmy i biegliśmy ile sił miałem ja w nogach.
-A przeciąż ona umie sama się obronić-napomknął Kev
-Już nie-powiedziałem i zobaczyłem w jego oczach przerażenie

Lysander:
Przechodziłem spokojnie mroczną uliczką. Wszystko tu było smutne, a wcześniej padał deszcz. Nawet pogoda ma gdzieś to osiedle. Chciałem już iść do domu, kiedy usłyszałem dziwy dialog.
-Moim zdaniem ma brzydkie, fioletowe włosy i jest dziwna.
Fioletowe włosy? June! Szybko sprawdziłem ile mam strzał. 3 muszą wystarczyć.
Trochę mi zajęło znalezienie wejścia do pomieszczenia w którym się znajdowała. Jakiś facet zaczynał ją rozbierać.zdenerwowałem się i strzeliłem mu w ramię, aż wbił się w ścianę. Za sobą usłyszałem drugiego. Ten z kolei dostał w nogę, po czym od jakiegoś trzeciego oberwał prawym sierpowym.

Kastiel:
Udało wreszcie nam się tam wejść, a Kevin jak na buntowniczego chłopaka przystało uderzył pierwszego z brzegu faceta. Ja już wszedłem i miałem kierować się na kolejnego. Gdy zobaczyłem jego. Łowcę. On mnie też poznał. Widać to było w jego oczach. Już sięgał po strzałę, aby wbić mi serce, gdy Kevin przeleciał obok niego, a ten się zawahał. Jakby nie wiedział w kogo ma celować.
-June!!-Krzyknął Kev
-Zostaw ją!-warknął Hunter
-To moja siostra idioto i jak mam Ci nie przywalić to lepiej idź-Piana już bulgotała na twarzy Keva. Nigdy nie widziałem go w stanie takiego zdenerwowania.
-Czemu kumplujecie się z nim?-kiwnął w moją stronę-Przez niego możecie zginąć.-Powiedział niewiele spokojniej Hunter. Popatrzyliśmy na siebie, a ja tylko pokręciłem głową. Zrozumiał.
-Czasem mam wrażenie, że my od dawna nie żyjemy.-Powiedział spokojnie Kev głaszcząc June policzek
***
Kevin szedł z June niosąc ją na plecach. Była oszołomiona. Widać było że coś jej podali. Zmierzaliśmy do domu Keva. Łowca, którego mieliśmy przyjemność spotkać szedł z nami. Upierał się że idzie. Facet przeszywał mnie wzrokiem.
- Skąd znasz June- przerwał cisze Kev.
-Ee..Wpadliśmy na siebie któregoś dnia i zaczęliśmy rozmawiać- przyznał wytrącony ze swoich rozmyślań Lysander po czym spuścił głowę i zdążyłem zauważyć jak się zarumienił. On się zarumienił! O nie! Spadaj od MOJEJ June! Myślałem intensywnie ale nie dałem poznać, że jestem zdenerwowany. Musze go obserwować.
-Aha.. no spoko..ale czemu masz łuk i strzały, oraz jakim cudem ty się tam znalazłeś?- siwowłosy znowu spojrzał na brata June
- Wracałem z treningów strzeleckich i usłyszałem tych mężczyzn o kim rozmawiają.- wykręcał się. W sumie poniekąd mówił prawdę, ale ja wiedziałem więcej. Musze się mieć na baczności.
W miedzy czasie dotarliśmy do mieszkania Kevina. Chłopak na chwilę uwolnił jedną rękę i rzucił mi klucze od domu. Otworzyłem drzwi po czym wpuściłem tragarza fioletowowłosej przodem. Sam wszedłem za nimi zagradzając tym samym drogę łowcy. Po raz kolejny zmierzyliśmy się nienawistnym spojrzeniem. Wszedł za mną. Ta gra pozorów mnie dobijała ale co miałem zrobić przecież Kev nie wie kim jesteśmy i raczej nie powinien wiedzieć. Siwowłosy też jest tego świadomy. Kev właśnie odkładał półprzytomną dziewczynę na kanapę w salonie. Zajęczała żałośnie. Podszedłem do mebla i usiałem tuż obok obejmując ją ramieniem. Kev i Lysander skrzywili się, ale nic nie powiedzieli. Lysander usiadł na fotelu naprzeciwko, a Kev poszedł po opatrunki i szklankę wody dla June. Nie mieliśmy żadnych środków ocucających, więc trzeba było czekać. Obejrzałem dokładnie dziewczynę ale chyba nic jej nie było.
-Kastiel…- wyszeptała June. Wtulając się w mój tors.
- June, już jesteś bezpieczna – pogłaskałem ją po głowie całując w czoło. Ta się powoli oderwała i półprzytomnym (zaćpanymXD) spojrzeniem na mnie.
-co się stało?- wymamrotała- gdzie są ci ..ci.. -nie mogła się wysłowić, a na jej twarzy pojawił się grymas.
-Wszystko załatwiliśmy, już cię nie skrzywdzą.- odparłem, ale skorzystałem z okazji że nie ma siły i przytuliłem ją ponownie do siebie.
-Dziękuję Kas..- poczułem jak moje endorfiny się uwalniają.. mógłbym tak trwać wiecznie wtulony w nią..tak pięknie pachniała..brzoskwiniami. (p.aut. Nie wiem co Emi ćpała, ale tak wyszło XD)
-Ej gołąbeczki mam opatrunki i wodę, może ogarniecie się trochę?- musiałem przerwać bo z tą wypowiedzią wpadł Kevin do salonu.. – Ty czasem nie potrzebujesz iść do szpitala? – zapytał mnie patrząc na moje rany. Były brzydkie ale nie poważne.
-Nie, wszystko ok.- odparłem i zacząłem ścierać krew i nakładając bandaże i plastry. Spojrzałem kątem oka na nowego towarzysza. Przyglądał się nam z grymasem. Ale gdy tylko spostrzegł że się nie niego patrze spojrzał gdzieś indziej próbując się rozluźnić. Uśmiechnąłem się do siebie.
Kevin podał wodę dziewczynie. Ale przytrzymywał szklankę by jej nie upuściła. Ta powolutku zaczęła pić.
- Masz dziewczyno talent do ładowania się tarapaty- zachichotał Kevin ale zaraz spoważniał.
-uhmm- wymamrotała.
-Chcecie coś pić? – zapytał gospodarz domu.
- Masz coś mocniejszego niż wodę? – Odezwał się Lysander
-No jasne. Mam piwo i whisky, chętnie sam się napije, chcesz Kas?- odparł chłopak
-Nie zadawaj głupich pytań tylko dawaj- odparłem. Musiałem się rozluźnić po stresującym wieczorze. A alkohol świetnie to zapewniał. Skończyłem opatrywać rany i wziąłem od chłopaka szklankę z trunkiem, tak samo Lysander.
- Dawno się nie widzieliśmy Kastiel- odeszła się siwowłosy chłopak. – mam wrażenie że forma ci spadła.- dodał z wrednym uśmieszkiem. Wiedziałem do czego pije.
- To wy się znacie? Ten świat  jest mały.- zapytał bardziej rozluźniony Kevin.
- jesteśmy starymi znajomymi- powiedziałem, zanim tamten cokolwiek zdążył.
- jeśli można to tak nazwać- powiedział z przekąsem Łowca
-uuu czuję napięcie- zachichotał gospodarz domu. Refleks szachisty pomyślałem
-O Lysander .. co ty tutaj robisz? – nagłe spostrzegła już bardziej przytomna June. Wszyscy skierowaliśmy wzrok na nią
- Sprawdzam czy jesteś bezpieczna June. Byłem pierwszym który do ciebie dotarł.-Skrzywiłem się bo widać, że się przechwalał. Chciał zwrócić na siebie jej uwagę i pokazać, że rządzi.- ..ale już muszę iść. Wstał i odłożył na stolik do kawy pustą szklankę. - ..sprawy wzywają.-Tu spojrzał znacząco na mnie. No pięknie ..
Podszedł do June i ucałował ją w policzek,  po czym zmierzał do drzwi wyjściowych.
- Cześć... Do zobaczenia June- rzucił i znikł. Zagotowało się we mnie. Jak on mógł! Spojrzałem na June. Chyba nie kontaktowała sytuacji.
- Jak się czujesz? – zapytałem czule. Spojrzała na mnie i lekko się zarumieniła odwracając natychmiast wzrok. June się rumieni? Od kiedy? To było niesamowite!
- Już lepiej jeszcze trochę kreci mi się w głowie... Musze wracać do akademika. Chciała wstać. Ale ją powstrzymałem .
- Odpocznij jeszcze, potem cię odprowadzę- odparłem
-..ale…- chciała coś powiedzieć ale jej przerwałem –bez dyskusji
- Ogarnę się chociaż trochę w łazience- oznajmiła. Nie ma co twarda jest. Po czym wyszła na piętro. Ja natomiast wymieniłem porozumiewawcze spojrzenia z Kevinem. Zebrałem szklanki by je umyć. Nikomu nie chciało się rozmawiać. Wszyscy byliśmy zmęczeni. Pierwszy raz od dawna czuję zmęczenie.. to dziwne uczucie…

_________________________________________________________________________________
Za ewentualne błędy przepraszamy, ale starałam się je zniwelować :)