Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkoła. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2016

Rozdział XXXVIII Jakby jutra nie było! +18!

UWAGA! UWAGA!!!!
Ten rozdział jest przeznaczony tylko dla osób z mocnymi nerwami, brakiem skłonności do krwotoków z nosa, no i jak kto woli opcjonalnie - TYLKO DOROŚLI! (Chociaż wiem, że i tak nie posłuchacie) Rozdział odznacza się sporą ilością porycia mózgowego autorki, ostrym hentajem i brakiem zahamowań. Za wszelkie uszkodzenia na psychice w/w autorka nie odpowiada. Jeśli nie chcesz mieć spaczonego poczucia moralności (tak jak autorka XD) NIE CZYTAJ DALEJ!... Albo czytaj -->na własną odpowiedzialność! (*_*)


Kas:
-Dzięki, było pyszne - usłyszałem Kevina komplementującego June z taką słodyczą w głosie, że prawe zadławiłem się swoim posiłkiem. Spojrzałem na niego miną pt. "Jesteś debilem" June tylko parsknęła
- Widzę, że masz dużo sił i energii. Chyba potrzebujesz ostrzejszego treningu. - Wyszczerzając się w jego stronę
- Chyba cię pojebało - warknął- Ja nie mam już.
- No podczas starć też tak powiesz?- Ten spiorunował mnie spojrzeniem. Nie zepsuło mi to jednak humoru. Podziękowałem za swoją porcję i przeniosłem się z bratem June do salonu.
- Idę do kibla- oświadczył bezpardonowo Kevin. Nie skomentowałem tego i spojrzałem w zamyśleniu w okno. Z kuchni dochodziły dźwięki krzątającej się dziewczyny. Zapewne sprzątała po obiedzie.
Mój spokój nie trwał długo. Poczułem nagle energie i to niepochodzącą ode mnie. Coś mnie wzywało. W szybkim tempie energia skupiła się na mnie i oślepiła mnie pojawiające się znikąd czarne światło. Zmrużyłem lekko oczy a gdy je otworzyłem. To, co znajdowało się wokół mnie nie było salonem rodzeństwa.
-  Szlag..-Zasyczałem cicho. Wiedziałem gdzie jestem. Miejsce było mi doskonale znane. Miejsce gdzie się wychowałem.
 Wysoka ogromna komnata tronowa z wieloma równolegle ułożonymi czarnymi kolumnami. Była to sala tronowa mojego ojca. W której przeważała czerń. Z czarnego granitu podłogi, zdobienia z obsydianu owijające się wokół granitowych szlifowanych kolumn, w szczycie zakończone były sklepieniem z hebanowego drewna. Obok kolumn rozciągały się  wzdłuż czarne wysokie stalowe stojaki na średniej wielkości pochodnie i świeczniki. Zamkowy zimny klimat po prostu. W rzeczywistości sala ta znajdowała się w zamku, do którego żaden śmiertelnik nie miał dostępu. Spojrzałem w głąb sali było tam lekkie dwustopniowe podwyższenie z ogromnym tronem o wysokim oparciu ze zdobieniami przedstawiającymi potyczki mojego ojca z Bogiem. Nikogo na nim nie było. Lecz tym bardziej zwiększyłem czujność wyczuwając, że jestem obserwowany. Podszedłem bliżej centralnego punktu sali, po której również rozbiegł się dźwięk moich butów. Gdy byłem już bliżej centralnego punktu pomieszczenia usłyszałem szelest materiału
- Witaj ojcze - odwróciłem się. Mężczyzna, który taksował spojrzeniem niczym sędzia był mi bardzo dobrze znany. Jeśli miałbym go opisać to opisałbym go tak: Mężczyzna wyglądem koło 40 lat. Wysoki: koło 185 cm. Dobrze zbudowany. Szerokie ramiona, lecz nie przesadnie, mięśnie, które wyglądały jak po latach ćwiczeń. Wygląd sportowca. Biodra wąskie. Włosy lekko długie lekko rozmierzwione, twarz smukła wysokie czoło z lekkimi zakolami oczy błękitno niebieskie, niewielkie kształtne. (Resztę pozostawiam wyobraźni czytelnika) Ubrany był w srebrny garnitur zapewne od Armaniego. Ojciec kochał tę markę w końcu był jej głównym pomysłodawcą. Spojrzałem na niego chłodno a on wykrzywił usta w sztuczny serdeczny uśmiech. Aż mnie zemdliło.
- Witaj mój drogi synu.. Tak dawno się nie widzieliśmy. Cieszę się, że postanowiłeś mnie odwiedzić- przywitał mnie z sztuczną wyuczoną kurtuazją.
-Przypominam, że to ty mnie tu ściągnąłeś bez pytania czy mam na to ochotę.- Odparłem lekko zirytowany- Czego chcesz?
- Liczyłem raczej na " Ojcze. Tak się cieszę, że cię widzę"
- To przestań liczyć i przejdź to setna- warknąłem- nie mam ochoty tu przebywać
- gdzie ci tak spieszno? Masz coś do załatwienia na tym świecie? A może...Haaa! A może chodzi ci o tą dziewczynę?..Jak ona miała?..June? Dobrze pamiętam?- Zmarszczyłem czoło
- Skąd o niej wiesz? I czemu o niej wspominasz?- Zapytałem, a moja czujność się wzmożyła.
- No coś ty? Nie wiesz, że świat demonów tylko o tej dziewczynie rozmawia i to od tygodni. W końcu zbliża się wojna, w której ona jest kulminacją i kluczem. Przeszkadza nam..W interesach.. Chyba to rozumiesz synu?
- Powinieneś dać sobie spokój to tylko mit a ta dziewczyna niema nic wspólnego z tym tematem.
- Kastiel, kogo ty chcesz oszukać, no, bo chyba nie mnie? - Wymruczał podstępnie
Przemilczałem uwagę ojca. Nie miałem nic na to do powiedzenia. Mężczyzna na przeciw mnie kontynuował:
- Nic na to nie odpowiesz? Rozumiem...Cóż dobrze, że jesteś najwyższy czas odświeżyć starą zbroję oraz ekwipunek i przygotować się do wojny. Wojny może to za dużo powiedziane raczej spodziewam się rzezi niewiniątek moi ludzie potrzebują lidera, którym powinieneś być Ty - zdziwiłem się zaczynając rozumieć, do czego zmierza-..Tak Ty Kastiel jesteś najlepszym kandydatem ze wszystkich moich synów by poprowadzić pogrom. W końcu i ty musisz stać się mężczyzną i być godnym bycia krwią z mojej krwi.
- Nie rozumiem - skłamałem
- Jak to nie rozumiesz? Właśnie ci mówię, że pomożesz poprowadzić oddziały przeciwko tej dziewczynce. Oraz ją zabijesz. Wtedy będziesz zasługiwał na mój szacunek
- Nie stanę do żadnej walki i nie będę zabijał niewinnych osób June nic nie zrobiła jest niewinna!- Uniosłem się trochę bardziej niż zamierzałem, lecz nie zamierzałem ustępować temu szaleńcowi.
- Och... Zależy ci na niej...To..Jak wymawiasz jej imię..Wręcz słychać w tym uczucie-  -kpił dalej, lecz kontynuował monolog jak by mnie tam nie było- Niestety mój młodszy synu zabijesz tę dziewczynę albo sam zginiesz. I to nie ja będę tym, który cię zabije...Tylko ta dziewucha..Zabije ciebie i wszystkich wokół. Jeśli dopełni się przepowiednia to jesteś skończony, a twoje szczeniackie uczucie do niej na nic ci się zda. Decyduj my, albo oni i twój koniec. Wyczarował coś  z otchłani mocy materializując w oczach niewielką. - To dla ciebie. Ja wspaniałomyślnie obdarzę cię czasem do namysłu. Wybierz chwałę lub hańbę i śmierć. Podał mi startą, obita skórą skrzynie, po czym znikł. A ja ponownie zmaterializowałem się w świecie ludzi, lecz tym razem na środku osiedlowej ulicy. Postanowiłem nie wracać do June i schować pakunek we własnym mieszkaniu. 
Gdy byłem w mieszkaniu zadzwoniła do mnie June.
-Gdzie jesteś? - Spytał zdenerwowany głos w słuchawce
-Ja...Musiałem coś załatwić. Co się stało? -Spytałem jeszcze zdezorientowany tą nagłą "podróżą".
-Kev zrobił imprezę i nie chcę, aby Cię zabrakło. -Dodała z żalem próbując wzbudzić we mnie poczucie winy.
-Niedługo będę. I June...- Urwałem
-Tak?- Spytała zaciekawiona i jakby lekko przestraszona.
-Kocham Cię - Gdybym był człowiekiem prawdopodobnie bym się rozpłakał
-Ja Ciebie też - odpowiedziała wzruszona i było słychać w jej głosie radość.

June:
Rozłączyłam się z Kastielem będąc lekko zaniepokojona. Wydawał się przez telefon trochę przygnębiony i jeszcze to wyznanie, z którego oczywiście się niepomiernie cieszyłam, ale miałam wrażenie, że coś z tym się kryło.
- Idę do sklepu po przekąski i napoje! Krzyknęłam w głąb domu by Kevin usłyszał
- Ok! Ja właśnie łatwię potężną ilość piwa! - Usłyszałam gdzieś z piętra.
- Dobra, będę niedługo-, po czym wyszłam z mieszkania. Na mieście byłam umówiona z Rozalią, która miała mi pomóc w wyborze składników i przygotowaniu przekąsek, ale najpierw zakupy.
-Siemka - przywiałam się z Rozalią.
- Cześć piękna! Miłość ci służy wyglądasz rewelacyjnie- przywitała mnie radośnie całując w policzek- No to, co najpierw po ciuchy
- Ciuchy? - Zapytałam zdziwiona
- No tak! Przecież będzie tam pół miasta musimy wyglądać powalająco!- Pisnęła podekscytowana
- No tak faktycznie masz rację. To idziemy
"A miało być tylko na chwilę. Jak to się mówi: ja idę do koleżanki na 5 minut a ty mieszaj rosół, co pól godziny"
Na zakupy poświeciłyśmy ze dwie godziny i poprzestałam na błyszczących cyrkoniami tzw. małej czarnej, ściśle dolegającej do ciała i ledwo za tyłkiem kończącej a Rozalia wybrała żywo niebieską bez ramiączek z małymi falbankami i przeszywaną czarną koronką w ładny wzór była trochę luźna od mojej, lecz również ołówkowa.
- Wyglądasz przepięknie! Piszczała przyjaciółka słodkim głosem
- nie zbyt wyzywająco?
- To jest impreza, a nie rozpoczęcie roku szkolonego. Daj na luz.
Obejrzałam się ostatni raz w lustrze " Ciekawe czy Kastielowi się spodoba?"
- Dobra wezmę ją- powiedziałam podejmując decyzje
- Yuupi, powalimy ich na kolana *_*
Resztę czasu spędziłyśmy na szybkich zakupach, po czym pędem do mnie by przygotować posiłki i przekąski. Gdy zaczęli schodzić się pierwsi goście my kończyłyśmy się ubierać. Jako pierwsi przybyli kilku kolegów Kevina. Dosyć szemrane typy, ale przeżyję, bo chętnie rozstawili beczki z piwami oczywiście pierwsi się częstując "że niby test jakości" . Nie omieszkał przy tym zarywać do mnie i do Rozalii
Niedługo później pojawił się Lysander  nie śmiało się witając z moją przyjaciółką
- Ej stary ona nie gryzie
- Zapewne połyka w całości! - Zaśmiał się jakiś dryblas dość dwuznacznie. Przez co kompani zawyli głośnym śmiechem.
- O cześć Iris!- Przywitałam się z kolejną przyjaciółką, która właśnie wchodziła na ganek. Szło z nią dwóch młodych chłopaków. A z nimi, sądząc po obejmowani się- ich dziewczyny.
- Cześć poznaj to moi bracia Kristopher, Dave i ich dziewczyny. Poprosili, by ich zabrać. Nie gniewasz się
- Nie skąd im nas więcej tym weselej. Zapraszam serdecznie - odparłam radośnie - Z tego, co słyszałam i tak ma być tu pół miasta
I faktycznie było. W bardzo szybkim tempie pojawiało się falami, co chwile kilka grup osób ludzi, których nie znałam lub znałam z widzenia. Muza już zaczęła grać na full a ludzie poczęli się ostro zajmować alkoholem. Chata pałała w szwach wciągu zaledwie 2h od rozpoczęcia.
Przeciskałam się w kierunku kuchni i gdy zobaczyłam go w drzwiach. Stał tam niczym anioł piękny i mroczny zarazem. Czerwone włosy zaczesał do tyłu na żel odsłaniając kilka okazałych kolczyków w uszach. Skórzana kurtka i biała rozpięta nisko koszula, pod którą widać było kawałek umięśnionej klatki piersiowej zdobionej czarnym dużym krzyżem. Nasze spojrzenia się spotkały
- Cześć- zarumieniłam się poprawiając sukienkę - fajnie wyglądasz
Zostałam obmierzona od góry do dołu przenikliwym spojrzeniem
- Cześć skarbie. To dla mnie? - Zapytał wskazując na mój ubiór. Zaczerwieniłam się jeszcze bardziej
- Emmm..Nie podoba ci się?- Zająkałam się zawstydzona
- Podoba się i to bardzo - podszedł do mnie i złożył na moich ustach lekkiego buziaka.- I mam coś by to uczcić- pokazał butelkę najlepszej whiski.
- słodko..Chodź do kuchni po szkło. Podjęliśmy syzyfową próbę dostania się do kuchni. Cały czas trzymaliśmy się za dłonie. Gdy już nam się udało znaleźliśmy w niej kilku przyjaciół, z którymi opracowaliśmy wyżej wymieniony trunek. Impreza przeniosła się do ogrody gdzie ni cholery nie wiem skąd wytrzasnął się DJ, który na całe osiedle puścił najpopularniejsze bity. A ludzie zaczęli falować w jego rytm.
- Ja się pytam skąd oni wszyscy się wzięli? - Zapytałam sama siebie patrząc na rozbawiony tłum
- A to może by moja wina chyba wrzuciłem zapro na forum szkolnym - odezwał się Kev przechodząc obok nas z piwem w ręku.
- Rozumiem ze sam pokrywasz koszty wszystkich zniszczeń - powiedziałam z sarkazmem
- Spokojnie mam wszytko pod kontrolą - poklepał mnie pocieszająco
-Jasnee- powiedzieliśmy jednocześnie z Kastielem
Wzruszając ramionami rzuciliśmy się w wir zabawy. Kastiel tańczył ze mną trzymając się jak najbliżej mnie, co nie powiem było kuszące. Czasami odciągał mnie na bok by zając się mną osobiście i wybrał chwilę, gdy byłam już wystarczająco rozluźniona.
Zapomniałam o bożym świecie oddając się jego pieszczotą w rogu ogrodu. Gdy co jakiś czas ktoś gwizdał na nasz widok lub wiwatował. Kastiel wreszcie się zirytował
- Może pójdziemy w bardziej ustronne miejsce kotku? - Zaproponował kocimi oczyma
- Na przykład?-  Zapytałam zażenowana
- ..twój pokój? - Zarumieniłam się jeszcze bardziej na myśl o tym, ze będę z nim sama na sam, lecz nie protestowałam, bo pomysł był kuszący i to bardzo,
- o-ok.. - Przytaknęłam zarumieniona.. Na co on uśmiechnął się szarmancko i ujął mnie za dłoń i ruszyliśmy w stronę budynku.
Coraz bardziej się denerwowałam i czułam ogarniające moje ciało uczucie, które paliło mnie na ciele mrowiąc przyjemnie w koniuszkach palców oraz eksplodując podwójnie w podbrzuszy.
 Gdy tylko zamknęliśmy za sobą drzwi rzuciłam się zachłannie na jego usta. Nie wytrzymując napięcia. Oddał każdy mój pocałunek. Pragnęłam go jak nigdy. Chodź raz poczuć się jak normalna nastolatka a nie przekleństwo lub zbawienie całego świata. Dlatego ta chwile była dla mnie bardzo ważna. Pchał me przed siebie aż trafiłam na łóżko. W między czasie, zdążyłam pozbyć się jego kurtki i częściowo rozpinając koszulę. Poczułam jak zjeżdża pocałunkami na szyje doprowadzając mnie tym samym do szaleństwa, gdy zimnymi dłońmi  jeździł po moim obojczyku ogarniały mnie dreszcze podniecenia.
 Mocował się z zapięciem od sukienki. Zapomniałam się cicho lekko odkrywając się od jego ust i jednym sprawnym ruchem rozpięłam zamek. A on zawinił sukienkę ze mnie zostałam w koronkowej bieliźnie pod kolor sukienki. Zaczerwieniłam się na moment, ale szybko zapomniałam o wstydzić,  gdy zobaczyłam idealnie umięśnione tors mojego chłopaka. Przejechałam po nim dłońmi patrząc z pożądaniem jeszcze przez chwilę,  gdy wyrwał mnie z obserwacji zostawiając swoje wargi w mojej szyi. Pachniał mnie na łóżko, na którym wylądowaliśmy lekko się odbijając od materaca. Westchnął cicho oddając się wszechogarniającej przyjemności. Przygryzał mnie tam i lizał. Było to nieziemsko przyjemne. Moje ciało ogarnęły dreszcze. Nie wiem, kiedy pozbył się mojego skalnego biustonosza. Mruknął zadowolony maskujące dłonią jedną z piersi a palcem drażnił sutek. Piekłam przeciąganie, gdy zagraża" się na nim zębami.
-oooch Kas.!- Westchnęłam z rozkoszy mając o tym by nie przedstawiał tych pieszczot. Opisujące odczucie w podbrzuszu nabrało na intensywności. Każdy skrawek skóry w miejscach, które mnie dotykał paliła niczym przypalana rozgrzanym żelazem. Czułam ze zachodziły niżej zostawiając za sobą mokry szlak. Widział językiem wokół pompka doprowadzając mnie do obłędu. Jego dłonie znalazły się na moich składkach. Palcami zaznaczając o ostatnią część garderoby jak miałam na sobie.
- unieść biodra - poprosił głosem, który zawaliłby z nóg najbardziej zatwardziałą feministkę. W takim wypadku nie potrafiłam odmówić i nawet nie chciałam. Wykonałam polecenie a on zdjął ze mnie majtki rzucając je gdzieś w kat. Pogładził dłońmi moje udo po wewnętrznej stronie niby przypadkiem zaznaczając o moją kobiecość. Powrócił do moich ust, a dłonie pracowały nad moimi udami przyprawiając mnie przyjemne dreszcze. Oddech miałam płytki i urywany. A Serce chciało wylecieć z klatki piersiowej w chwili, gdy poczułam jego palce na mojej nabrzmiałej muszelce. Drażnił moje wejście od czasu do czasu zahaczając o łechtaczkę. Z gardła zaczęłam wydawać nieartykułowane jęki, gdy dołączył zęby na mojej szyi lekko przygryzając. Palce wchodziły raz po raz coraz głębiej w moje wnętrze a jak coraz głośniej to akcentowałam. Czułam ogarniającą rozkosz... Gdy nagle przerwał wyjmując ze mnie palce. Po chwili zaczął obsuwać się coraz niżej i niżej... Całował mój brzuch, tak namiętnie. Wreszcie dotarł do podbrzusza. Otworzyłam oczy wstałam schodząc z łóżka jemu każąc o samo i klękłam tuż przy nim. Wtuliłam się w niego. Zaczął lekko masować moje plecy. Stęknęłam. Kastiel wstał, a ja dobrałam się do jego rozporka, który już po chwili został rozpięty. Ściągnęłam jego spodnie. Stał przede mną, prawie nagi. Od jego klejnocika dzieliły mnie tylko bokserki. Bez namysłu zdjęłam je i ku moim oczom ujawnił się pokaźnych wymiarów członek, mocno już naprężony.
Spojrzałam niepewnie w oczy Kasa, a tamten tylko uśmiechnął się i skinieniem głowy dał znak żebym zrobiła to, na co on ma ochotę.
Ujęłam jego penisa w swoje usta. Na początku ssałam jego żołądź delektując się tym, jak kawą Cappuccino. Paweł wypiął go nieco do przodu. Zrozumiałam aluzję i po chwili jego penis sięgał niemalże moich migdałków. Przymknął powieki i powtarzał tylko zmysłowe "taak...". Mój język buszował po jego całym członku. Momentami podgryzałam go. Na zmianę wsuwałam go i wysuwałam. Po kilkudziesięciu sekundach chłopak wystrzelił wprost w moje usta. Gdy otworzył oczy i spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy. Otarłam ściskające pozostałości.
- Wymaga rewanżu skarbie- wymruczał zmysłowo. Chwile później leżałam już na łóżku z szeroko rozchylonymi nogami. Twarz Kastiela zniknęła między moimi nogami. Poczułam nagle jak jego język delikatnie wchodzi w moją cipkę i ją penetruje. Chwilami był coraz głębiej. A jego narząd coraz szybciej poruszał się w mojej dziurce. Czułam, że moje podniecenie rosło w zastraszającym tempie. Moje paznokcie wbijały się w pościel tak mocno, że knykcie zrobiły się białe.
- Tak mi dobrze…nie przestawaj – wzdychałam, co jakiś czas cicho zachęcając go tym samym do kontynuacji zabawy. Ujął wargami moją łechtaczkę. Jęknęłam głośno. Czułam, że za chwilę dojdę... Byłam już blisko. Gdy wreszcie nadszedł orgazm po moim ciele przeszedł przyjemny dreszcz i spazmy rozkoszy. 
- Kocham cie June- wyrzekł całkowicie szczerze patrząc mi prosto w oczy. Widziałam to uczucie w jego tęczówkach. Mówił całym sobą, że naprawdę mnie kocha
- Kas...- Zaczęłam opanowując drgawki na ciele i uspokajając oddech-..Ja ciebie też kocham 
Połączyliśmy się w namiętnym pocałunku a chwile późnej poczułam go u wejścia.
Wszedł we mnie gwałtownie i zdecydowanie. Zawyłam z bólu wbijając paznokcie w jego plecy. Chłopak zdawał się twego nie zauważać  poruszał się we mnie powoli, ale tylko na początku. Cicho przy tym wzdychał a robiąc to marszczył lekko brwi. Obserwowałam to z pół przymkniętych powiek. Rozpoczęliśmy prawdziwą jazdę bez trzymanki…

***

 PRZECZYTAŁEŚ DO KOŃCA? PROSZĘ NIE ZAPOMNIJ O ZOSTAWIENIU ŚLADU PO SOBIE W KOMENTARZU, UDOSTĘPNIENIU NA FB DANIE + W GOOGLE I CO TYLKO MOŻESZ. DZIĘKUJEMY, ŻE NAS ODWIEDZIŁEŚ:*


sobota, 21 lutego 2015

Rozdział XXXIII "Niektóre decyzje przesądzają o losie innych, w takiej sytuacji powrót do tej samej rzeki nie jest głupim pomysłem"

June:
-Kastiel, ja...mam okres i będę drażliwa, więc uważaj-wymyśliłam wymówkę na poczekaniu.
-O Boże-westchnął ciężko Kastiel
-Jakiś ty religijny-mruknęłam
-Po prostu weszło mi to od innych-odpowiedział
-Jassne-zaczęłam być marudna. Trzeba podtrzymywać wymówkę
-Wiesz co, może ja pójdę i spotkamy się później po zajęciach?-Spytał zrezygnowany
-Może-odpowiedziałam, a on pokręcił tylko głową i poszedł w kierunku sali gimnastycznej.

Kastiel:
Ech, ona ma jedną małą wadę. Nie umie kłamać.Zawsze się jąka jak to robi. Chyba, że uważa to jako wstydliwy temat, w co wątpię. To ciekawe jak zareaguje na dni ciszy? Będzie zdziwiona. Martwię się o nią. I jeszcze ten seryjny sukinsyn na wolności. Ciekawe jak to będzie być człowiekiem...

Lysander:
Wybiłem dwa wilkołaki, tylko dwa. Ta dziewczyna, June za bardzo siedzi mi w głowie. Muszę się ogarnąć. Za niedługo będzie zebranie.

(15 minut później. Sala obrad.) (Tak, tu się rozpiszę. Wybaczcie jestem chora)
-Dziecko przeznaczenia to poważny problem. Moim zdaniem najlepiej będzie je ubić-rzekł mój ojciec
-Chyba oszalałeś. Po pierwsze nie wiemy jak ono wygląda, a po drugie jak Ty je chcesz zabić?!-wydarł się ktoś z sali. Stwierdziłem, że się wtrącę
-Nie łatwiej będzie je przekabacić na naszą stronę??-Spytałem spokojnie
-Kolejny zwariował. inni będą właśnie to próbowali, a jeśli im się uda to nic nie zrobimy.-krzyknął jeszcze ktoś inny. Słabo ich znałem.
-Spójrz na to z praktycznej strony-odpowiedziałem-Jeśli je przekabacimy, możemy dzięki niemu wybić wszystkie istoty na świecie-po moich słowach zaczęły robić się szepty i szmery. Zdania były podzielone. niektórzy mnie poparli, a niektórzy nie chcieli ryzykować. Po 13 minutach zapadła ostateczna decyzja.
-Po zaistniałej dyskusji stwierdzam, że najpierw spróbujemy pomysłu Lysandra, lecz jeśli będzie się to wymykało z pod kontroli, będziemy musieli wdrążyć pomysł Charlesa.-powiedział mój tata spokojnie z jakimś dziwnym żalem-Jakieś pytania??-rękę podniósł mały sześcioletni chłopczyk
-Tak Riki, możesz wziąć czekoladę ze stołu.-Mały z prędkością światła dobiegł do tej czekolady i zjadł ją w dry miga. Głodny, czy co??
-Ja mam pytanie.-Powiedział jakiś smutny nastolatek w rogu-Jak je znajdziemy??
-Coś wymyślimy-odpowiedziałem najspokojniej jak umiałem-będzie dobrze.

Kev:
Jest dziwnie spokojnie. Nikt mnie nie chce zabić. Trudno się dziwić ktoś ich zabił. Nareszcie wolność, upragniona wolność. Może June znów zamieszka ze mną?? Fajnie by było. Jedyną złą rzeczą w tym mieście jest obecnie seryjny gwałciciel, ale to na szczęście jedyny problem, więc łatwiej go złapią. Gdzie mam ten telefon? A tu jest.
-Tak?-Spytała beznamiętnie June
-Fajnie witasz braciszka-zaśmiałem się.
-Wybacz, mam zły dzień.-powiedziała pod nosem
-A czy ten zły dzień ma czerwone włosy??-Spytałem z pewnością, że trafiłem
-Też.-odpowiedziała smutno
-Zapraszam Cię na kawę, pogadamy. Prooooszzzęęę-Popis, którego nie powstydziła by się żadna dziewczyna.
-Dziękuuujęęę-odpowiedziała ze śmiechem-Wpadnę. Właśnie mnie przed kimś uratowałeś. Będę o 13.-po tym usłyszałem tylko dźwięk kończący połączenie
Co ten Kastiel znów narobił??

June:
Lekcje kończyły się przed 14, ale umówiłam się do Keva wcześniej, aby nie spotkać Kastiela.
Najgorsze jest to, że będę musiała powiedzieć mojemu braciszkowi, czemu zawdzięcza spokój. Jak będzie zły to się chyba stanie cud. Gdy miałam jeszcze dwie ulice do niego dostałam SMS'a od Kastiela.

Gdzie jesteś? Martwię się. Odpisz i spotkaj się ze mną.

Szkoda, że ja nie mam ochoty, a sam zainteresowany tego nie rozumie. Wyłączyłam telefon. Po chwili byłam pod naszym domem. Jego domem. Wciąż mi się myli. Zadzwoniłam dzwonkiem, po czym usłyszałam jego kroki.
_________________________________________________________________________________
Wiem, nie żyję. Ale uwierzcie mi, że jestem obecnie Zombie. Nie dość, że jestem chora to mi bd jeszcze migdałki usuwać. Ja się ostatnio nie nadaję do życia. Wybaczcie.

Emi, następny Ty napisz, albo wspólnie błagam Cię. Ja mam pomysły, nie powiem, że nie, ale jak piszę to mi część gdzieś pójdzie i wychodzi takie coś jak wyżej :(

czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział XXXII "Powrót do normalności bywa trudny. Grunt, aby się nie poddawać"

June:
Gdy weszłam do szkoły dowiedziałam się, że wszystkie moje nieobecności były już załatwione. Kochany braciszek. Miałam wejść do akademika, ale i tak już były lekcje. Czekał mnie nieszczęsny w-f. Nie chciało mi się jakoś na niego iść, ale zobaczyłam Kastiela, który też przyszedł do szkoły i szedł w moim kierunku. Szybko podbiegłam do damskiej szatni. Nie ważne kim był, tam wejść mu nie wolno. Był początek przerwy więc oprócz mnie była ze mną Roza, która przywitała się krótko i zaczęła szukać stroju. Nagle moje emocje chciały wyjść na światło dzienne w postaci łez. Wstyd, upokorzenia, ból, strach, chęć ucieczki. Zdarzyło się tyle rzeczy przez ten ostatni czas. Ratri, moje morderstwo. Sama siebie nie poznawałam i jeszcze zrobiłam to z taką frajdą jakbym im skasowała zapisy jakieś super gry. Tyle, że nie mogli już zacząć od nowa.Nie po tym co im zrobiłam. Nieważne czy sobie na to zasłużyli, czy nie. Nie miałam prawa decydować o ich życiu, czy też...
-Ała-krzyknęłam kiedy Roza uderzyła mnie w głowę-to bolało.
-Robiłam wszystko, aby wyrwać Cię z transu. Nawet wylałam na Ciebie wodę, więc musiałam jakieś środki podjąć.-Faktycznie. miałam wylaną wodę na spodniach.
-Jaka dobra z Ciebie koleżanka, tak się o mnie martwisz-powiedziałam sarkastycznie.
-Prawda? A teraz się przebierz, bo jak pani Krüger będzie na Ciebie zła. Aha i chcesz poznać Leo, dzisiaj się będę z nim widzieć, po prostu mówię Ci, cud nad Wisłą.-Gdy skończyła gadać pocałowałam ją w policzek.
-A to za co?- Spytała.
-Za twoją uroczą gadatliwość-Uśmiechnęłam się i poszłam się przebrać na w-f, wszytko by uniknąć konfrontacji z Kastielem, a spodnie i tak były mokre (bez skojarzeń (>.<) ...)
Zajęcia odbywały się zazwyczaj na sali gimnastycznej i tak też było dzisiaj. Weszłam na salę z resztą dziewczyn, na sali była już grupa chłopaków z innej klasy. odbijali piłkę. Bębenki mi prawie wywaliło gdy niektóre z dziewczyn zaczęły piszczeć na widok grupy chłopaków.
- Mamy łączone lekcje?- zapytałam Rozy
- Tak już od jakiegoś czasu, nie wiedzieć czemu w-f stał się popularny ostatnio. - odpowiedziała przyjaciółka
-Pff..- zripostowałam
przyjrzałam się uważniej chłopakom. Zamurowało mnie gdy w grupie dostrzegłam 'TEGO' buraka! A ten dostrzegł mnie!
-WTF?!!- wykrztusiłam- Kastiel ma z nami?!! od Kiedy?
- odkąd mamy z chłopakami w-f?- dodała z sarkazmem Rozalia.- A było tak spokojnie...
Reszta dziewczyn robiła maślane oczy do sześciu chłopaków a byli to Armin, Alexy, Nataniel, Dake, Jade i oczywiście p.Burak.
Kastiel zwrócił się w moim kierunku a moje serce zamarło. " Idzie tu ! O nie" Z rozterki wyrwał mnie dźwięk gwizdka i komenda trenera: " dobierzcie się w drużyny zaczynamy siatkówkę! Chłopaki przeciwko dziewczynom!". Odetchnęłam z ulgą. Byłam w drużynie z Rozą, Violettą, Amber, Kim i Iris. Zaczynałyśmy pierwsze, a graliśmy (jak na złość) przeciwko Kastielowi, Natanielowi, Alexiemu, Jade'owi, Dake'owi i jeszcze przeciwko jakiemuś chłopakowi. Pozostałe dwie drużyny czekały grzecznie na ławce na swoją kolei.
Pierwszy set rozpoczynała na nasze nieszczęście Amber. Wszyscy jak na komendę załapali facepalma i zaczęli się śmiać. Wszyscy, oprócz Nataniela i pana trenera, który tylko strzelił facepalma. (powtórka, wiem) Widać, że Amber nie chciało się grać. Unikała piłki, jak ognia. Przegrywałyśmy 7:12. Amber co chwila narzekała na tipsy, a my próbowałyśmy coś z tego uratować. Koniec końców i tak przegrałyśmy 11:15, a chłopcy przybili sobie piątkę z radością. Nastąpiła wymiana drużyn i Kastiel zaczął do mnie podchodzić. Szybko spytałam się nauczyciela, czy mogę iść do toalety, po czym poszłam do toalety. Ale Kastiel chyba powiedział mu to samo, bo po chwili mnie dogonił.

Kastiel:

Ledwo ją dogoniłem, nie rozumiem czemu przede mną uciekała. Co znowu zrobiłem źle?? Wszystko przez te przeklętą Ratri, ale czemu ma przestraszony wyraz twarzy??
-Czemu uciekasz??-spytałem przejęty
-Idź do Rati-szepnęła smutno
-Nic mnie z nią nie łączy- odpowiedziałem szybko. Jak ona mogła w ogóle tak pomyśleć??
-Ona mówi coś innego-powiedziała z wyrzutem
-Zaufaj mi-powiedziałem, po czym syknęła-Co jest??
-Nic, ja... muszę coś załatwić.-mówiła szybko i jąkała się
-June, proszę, powiedz mi.-poprosiłem ładnie
-Ja...zaraz wrócę-wypaliła i pobiegła do łazienki.

June:
Jest coraz gorzej. Znowu to widziałam. To spalanie mnie. I znów miałam poparzoną całą lewą rękę. Nie mogę mu o tym powiedzieć. Za dużo bierze moich problemów na siebie. Muszę sobie poradzić, ale wciąż nie mogę pozbyć się tego głosu:"Uciekaj". Nie wiem co mam robić, ale muszę wymyślić jakąś wymówkę dla Kasa i to szybko, zanim się zorientuje. Obmyłam rękę i do niego wróciłam.
-Powiesz mi wreszcie co się stało-lekko warknął
-Kastiel, ja...

_________________________________________________________________________________
No to miłego zżerania przez ciekawość (mam nadzieję) :P Napiszę coś jutro :) Ale wstawię coś pojutrze najwcześniej :P Miłego czytania i dziękuję za wszystkie komentarze :)))))

P.s. Pół pisała Emi, drugie pół ja. Piszę to, bo ten blog to nie tylko moje dziecko. Ja jestem tylko głównym rodzicem, piszę nieco ponad pół i poprawiam błędy :P A za motyw Science Fiction podziękujcie Alex, bo to jej wina :D Mi się pomysł spodobał, więc go pociągnęłam dalej :)